Strona korzysta z plików cookies, aby lepiej spełniać Państwa oczekiwania. Można zablokować zapisywanie cookies, zmieniając ustawienia przeglądarki.
OK, nie pokazuj więcej
Serwis podróżniczy

Gerlach - dach Tatr

Autor: atom, Data: 2011-02-12
Państwo: Słowacja

Ocena 10/10 (2 głosów):

Po kilku latach wyjazdów w Tatry zrodził się pomysł wejścia na Gerlach - najwyższy szczyt Tatr. Żeby nie było łatwo, pierwszej próby wejścia na szczyt postanowiliśmy dokonać zimą. Na tę wyprawę przeznaczyliśmy 5 dni, a wszystko rozpoczęło się 14 grudnia 2001. Nasz prosty plan nie zakładał w zasadzie żadnych problemów z pogodą. Dzisiaj wiem też, że nie mieliśmy dobrego przygotowania sprzętowego. Z dotarciem do schroniska nie mieliśmy większych kłopotów - początkowo tylko głęboki śnieg, ale później już wydeptanym w śniegu szlakiem doszliśmy na górę do schroniska Śląski Domu. Byliśmy jedynymi gośćmi schroniska. Następnego dnia, około godziny 7-ej rano (nie było specjalnie powodów do pośpiechu), pełni zapału i nadziei na dobrą pogodę, ruszyliśmy na "rekonesans" pod Gerlach. Nasz zapał jednak szybko ostygł, kiedy okazało się, że szlak z Śląskiego Domu do Batyżowieckiego Plesa jest zasypany po kolana (a miejscami nawet po pas) bardzo puszystym i nie zmrożonym śniegiem. Prawdziwą mordęgę przeżyliśmy podczas przecierania tego szlaku - wtedy też zatęskniliśmy za rakietami śnieżnymi (tego sprzętu właśnie nam brakowało). Tego dnia udało się nam dojść do Batyżowieckiego Plesa, jednak zmęczeni brnięciem w głębokim śniegu, wysmagani ostrą śniegową zadymką, postanowiliśmy na tym etapie zakończyć pierwszy dzień. Zadymka, porywisty wiatr i głęboki śnieg sprawiły, że droga pokonywana latem przez troszkę ponad godzinę, nam zajęła jakieś 3,5 godziny. Później przejaśniło się trochę i już przy pięknej pogodzie wracaliśmy do schroniska. Byliśmy jednak zadowoleni, że udało nam się przetrzeć szlak.

Następnego dnia (w niedzielę) śnieżyca i bardzo silne podmuchy wiatru skutecznie powstrzymały nas przed wyjściem ze schroniska. Taka pogoda (raczej dla samobójców niż górołazów) utrzymywała się przez całą niedzielę. W nocy budziliśmy się i nasłuchiwaliśmy, nie wróżących niczego dobrego, podmuchów wiatru na zewnątrz. Na szczęście w poniedziałek ok. godziny 2 nad ranem śnieżyca ustała, a wiatr lekko się uspokoił. Stwierdziliśmy, że może to być nasza ostatnia szansa na zdobycie szczytu Gerlacha w tej wyprawie. Zapadła decyzja i koło godz. 4 nad ranem wychodziliśmy na szlak. Przyświecając sobie czołówkami darliśmy naprzód jak czołgi... Pozostałości śladów (w większości już zasypane) pokazywały nam drogę. Pomimo nadal silnego wiatru i świeżego, głębokiego śniegu, czas dojścia do Batyżowieckiego Plesa mieliśmy lepszy niż poprzednio. Byliśmy tam prawie o świcie. Krótki odpoczynek, łyk wody i poszliśmy dalej - tym razem już nie po śladach i przy kiepskiej widoczności... Dwa dość strome podejścia w puszystym śniegu po pas wykończyły nas zupełnie. Szliśmy jednak dalej już chyba tylko siłą woli, poruszając się jakiś 1 metr na minutę. Pod Walowym Żlebem byliśmy dopiero około godziny 13. Krótki postój, łyk wody pozyskanej ze śniegu :) i "wbiliśmy" się w żleb. Po kilkunastu minutach zapadła decyzja (nie jednogłośna) o odwrocie. Ze względu na czas nie mięliśmy szans na powrót z grani przed zapadnięciem zmroku.

Mimo, że nie udało się zrealizować planu wejścia na szczyt, to jednak wyprawę mogliśmy zaliczyć do udanych, ze względu na zebrane doświadczenia wędrówki po górach w trudnych, zimowych warunkach. Po raz kolejny przekonaliśmy się jak ważne w górach są: czas i pogoda.

Oczwywiście nie był to koniec neszej eksploracji Gerlacha :). Wróciliśmy tu w długi majowy weekend 2002 roku. 1 maja, w środę wieczorem, dotarliśmy do Śląskiego Domu. Rankiem następnego dnia pogoda zapowiadała się niezła, śnieg miejscami sięgał do kolan, ale było to niczym w porównaniu do warunków z grudnia. Dotarcie pod Walowy Żleb zajęło nam ok 3 godziny. Potem krótki odpoczynek, łyk wody, odrobina czekolady, raki, uprząż, zdjątko... i dalej w drogę. Żleb był już całkowicie zaśnieżony, stromizna ok. 60 stopni, więc szło się dość ciężko. Żleb wyprowadził nas na Przełęcz Tetmajera, skąd czekała nas wspinaczka granią na szczyt. Za plecami mieliśmu szczyt Zadniego Gerlacha, a dookoła niesamowite widoki na niemalże całe Tatry.

Po krótkim odpoczynku, przygotowaniu szpeju i lin, zaczęliśmy prowadzić pierwszy wyciąg na grani. Z uwagi na ilość uczestników szło nam dość wolno. Na przełęczy (również dalej na grani) towarzyszył nam cały czas dość porywisty wiatr. Czas oczekiwania na stanowiskach bywał makabrycznie długi - można było  nieźle zmarznąć. I tak ok. 6 wyciągów do samego szczytu. Szczyt Gerlacha osiągnęliśmy ok. godziny 18:30. Kilka fotek, odpoczynek i hasło do odwrotu, żeby zejść z grani zanim zrobi się ciemno. Droga zejściowa okazała się znacznie szybsza. Zjazd Batyżowieckim Żlebem odbył się w tempie błyskawicznym. Trudniejsze momenty na tej drodze ubezpieczone są  łańcuchami. Do Batyżowieckiego Plesa udało nam się dotrzeć przed zapadnięciem zmroku. Na Batyżowieckim Plesie krótki odpoczynek połączony z  konsumpcją resztek "szturmżarcia" i dalej w drogę - już przy czołówkach. Do schroniska dotarliśmy ok. 22:00. Potem już tylko radość z udanej realizacji naszych planów - Gerlach zdobyty!

 

Zobacz również:

Zdjęcia

Wczytywanie zdjęć...
Widok z Batyżowieckiego Plesa na doliny Widok z Batyżowieckiego Plesa na Kończystą W trakcie podchodzenia...
Urbanowe Turnie W trakcie podchodzenia - taki głęboki był śnieg... Wielicki Staw, Dolina Wielicka
Stanowisko :) Widok z grani (m.in. Wysoka, Ganek, Rysy) Zadni Gerlach widziany z grani
Poręczówka na grani (tuż przed szczytem). Z lewej w tle - Wysoka Szczyt Gerlacha na wyciągnięcie ręki