Strona korzysta z plików cookies, aby lepiej spełniać Państwa oczekiwania. Można zablokować zapisywanie cookies, zmieniając ustawienia przeglądarki.
OK, nie pokazuj więcej
Serwis podróżniczy

Baśniowa Tajlandia, część 3

Autor: Gienek, Data: 2014-05-27
Państwo: Tajlandia

Ocena 10/10 (1 głosów):

Zapraszam do kolejnej (ostatniej już) części relacji z podróży do Tajlandii. Jeśli nie czytałeś(aś) poprzednich cześci relacji, zapraszam tu: część 1, część 2.

Wytwórnia biżuterii

Przed wytwórnią biżuterii czekał na nas komitet powitalny złożony z kilku hostess. Po krótkim przywitaniu ruszyliśmy na zwiedzanie. Niestety wewnątrz nie można było robić zdjęć więc zrobiłem tylko kilka fotek. Wewnątrz wszystko było urządzone z przepychem. Na początku oglądaliśmy jak najlepsi w całej Tajlandii jubilerzy wydobywają z kamieni szlachetnych to co w nich najpiękniejsze, jak powolutku coś co na początku niewiele rożni się od zwykłego kamienia przeistacza się w lśniące i mieniące się wieloma kolorami świecidełko, w obiekt westchnień wielu kobiet. Następnie gdy poznaliśmy już proces produkcyjny biżuterii, zostaliśmy zaprowadzeni do pomieszczenia gdzie mogliśmy dokonywać zakupów. Ceny nie były zachęcające więc skupiliśmy się jedynie na oglądaniu, a było na co popatrzeć.

Muszę przyznać, że biżuteria robiła bardzo miłe wrażenie. Po wizycie w wytwórni biżuterii ruszyliśmy do wytwórni jedwabiu. Tu na szczęście można już było robić zdjęcia więc trochę napstrykałem. Podobnie jak poprzednio na początku poznawaliśmy proces produkcyjny jedwabiu który wygląda mniej więcej tak.

Wytwórnia jedwabiu

Motyl składa jaja i wylęgają się gąsienice. Gąsienice są bardzo żarłoczne więc potrzebują dużo roślinek do zjedzenia. W miarę wzrostu powoli zmieniają swój kolor na żółty. Powoli zaczynają tworzyć kokony. Kokony robią się coraz większe i większe a robaczki które siedzą w środku zaczynają powoli przeistaczać się w motyle. Teraz trzeba wyczuć dokładnie moment w którym motyl będzie chciał wyjść z kokonu, bo jeśli motyl wyjdzie z kokonu to wychodząc zniszczy nitki z którego kokon jest wykonany i nie będzie można ich użyć do tworzenia nici. Tuż przed wyjściem motyli z kokonów, kokony wrzuca się do wrzątku. Siedzące wewnątrz kokonów motyle giną w okropnych męczarniach a ich kokony są rozwijane i przerabiane na nici. Uzyskane z kokonów nici tkane są na różno kolorowe materiały lub robione z nich są swetry. Tak. Jedwabny sweter to nie żart. Widziałem kilka takich w wytwórni jedwabiu. Są bardzo mięciutkie i nie gryzą tak jak nasze zrobione z wełny owczej.

Ze względu na to, że na zwiedzanie wytwórni jedwabiu było przewidziane zbyt dużo czasu a już zaczynało nam się trochę nudzić więc postanowiliśmy wpaść już całkowicie indywidualnie do wytwórni wyrobów z kamieni półszlachetnych. Można było tam zobaczyć i kupić różne wyroby z ametystów, malachitów, awenturynów, bursztynów, agatów itp... Ceny nie były niższe niż biżuterii z kamieni szlachetnych więc skupiliśmy się jedynie na ogladaniu.

Późnym popołudniem dotarliśmy do naszego nowego hotelu w ktorym mieliśmy się zatrzymać kilka dni. Hotel Lotus jest to wielki kilkunastopiętrowy budynek z pustym wnętrzem. Na poszczególne piętra gości dowożą trzy windy. Niestety wtedy gdy my gościliśmy tym hotelu to były wielkie problemy z windami i nie raz szybciej było zejść po schodach z samej góry hotelu niż doczekać się windy.

Pod wieczór tego dnia w programie mieliśmy jeszcze wizytę w salonie masażu. Gdy dotarliśmy na miejsce to zostaliśmy podzieleni po dwie osoby na jedną kabinę. Myślałem, że to będzie masaż przyjemny i delikatny. Nic bardziej mylnego. Masaż który nam zaserwowano był bardzo mocny a wręcz bolesny i przypominał raczej łamanie kołem niż masowanie i trwał około dwóch godzin. Myślałem, że nie wyjdę z niego w jednym kawałku ale pomimo moich obaw po masażu czułem się bardzo świeży i odprężony. Do hotelu wróciliśmy późnym wieczorem. Następnego dnia mieliśmy według programu odwiedzić wioskę słoni.

Wizyta w wiosce słoni

Z samego rana ruszyliśmy do wioski słoni. Tego dnia mieliśmy w końcu mieć styczność z przyrodą Tajlandii. Po przybyciu do wioski zauważyliśmy, że to miejsce ma niestety niewiele wspólnego z dziewiczą przyrodą tego pięknego miasta. Jest podobnie jak inne miejsca w które zawozi się turystów, ale jest też obiektem wysoce komercyjnym. Na szczęście poza wszechobecnymi sklepami z pamiątkami było też mnóstwo słoni które ku uciesze turystów, na polecenie swych panów wykonywały różne sztuczki. Nieopodal znajdował się pomost który ułatwiał turystom dosiadanie słoni.

Na początku poszliśmy trochę dalej aby obejrzeć poranną toaletę tych dużych zwierzaków. Opiekunowie słoni kładli swe zwierzaki w rzece i je szorowali szczotkami. Najwyraźniej ta czynność bardzo podobała się zwierzakom ponieważ z miłą chęcią poddawały się one wszelkim zabiegom "pielęgnacyjnym" swych panów. Gdy już słonie były czyściutkie to za opiekuńczość swych "jeźdźców", ku uciesze publiczności, odwdzięczyły się "koncertem na trąbach", a jeden z mich stając na tylnych nogach, tym którzy nie oddalili się na czas na bezpieczną odległość zafundował poranny zimny prysznic.

Gdy tak stałem i patrzyłem na popisujące się słonie raptem poczułem na łydce coś zimnego i mokrego. Gdy spojrzałem w kierunku mojej nogi to zauważyłem, że słoń który wiózł na swym grzebiecie, nieopodal platformy na której stałem, turystkę, postanowił sprawdzić jaka jest w dotyku skóra białego człowieka i owinął trąbą moją nogę. Trochę się
wystraszyłem, ale na szczęście słoń nie miał zbyt dużo czasu na swe badania bo był poganiany przez swego pana. Zostawiwszy w spokoju moją nogę ruszył z ładunkiem na plecach w dalszą drogę.

W końcu przyszedł czas na właściwy pokaz umiejętności, tych wielkich i wbrew pozorom jakie sprawiają bardzo sprawnych zwierzaków. Przywitał nas korowód słoni w którym pierwsze niosły w swych trąbach napisz "Welcome To Maetang Elephant Park". Korowód wyglądał bardzo fajnie. Słonie szły w rządku i każdy następny trzymał swego poprzednika za ogon. Potem była ogólna prezentacja słoni. W głośnikach jakaś pani opowiadała o słoniach a pan demonstrował swego zwierzaka. Gdy już wszystko opowiedziano nam o słoniach to słonie zademonstrowały nam swoje umiejętności malarskie. Szczerze powiedziawszy to nie wiem czy sam potrafiłbym tak namalować. Potem słonie zażądały zapłaty za pokaz talentu malarskiego, w postaci trzciny cukrowej i bananów. Poza talentem malarskim słonie pokazały nam jak potrafią grać w piłkę. Nie sądziłem, że te ogromne, z pozoru niezgrabne zwierzęta, potrafią tak sprawnie poruszać się.

Po pokazach przyszła kolej na przejażdżkę na słoniu. Siedzisko na którym siedzieliśmy znacznie różniło się od tego jakie znałem ze Sri Lanki. Tamto było sześcioosobowe i siedziało się na nim bardzo stabilnie, te tajskie na którym jechaliśmy było dwu osobowe i siedziało się na nim bardzo niestabilnie. Trzeba było mocno się trzymać żeby nie spaść. U
innych, kierowcy słoni co chwilę zatrzymywali się, brali od swoich pasażerów aparaty i robili im zdjęcia za co otrzymywali napiwki. Nasz kierowca słonia okazał się strasznie nie przedsiębiorczy i ani razu nie chciał się zatrzymać aby zrobić nam zdjęcie. Za to poganiał non stop słonia i sprawił, że nasza podróż była chyba najkrótsza ze wszystkich.  Wyjechaliśmy jako jedni z ostatnich a przybyliśmy na metę jako jedni z pierwszych. Pomimo niezbyt "fajnego poganiacza słonia" mogliśmy podziwiać widoki które były naprawdę fajne. Przejażdżka na słoniu bardzo szybko minęła i była naprawdę wielką frajdą. Gdy już zeszliśmy na ląd to przybiegło do nas słoniątko które było bardzo ciekawe i rządne zabawy. W Tajlandii stawiają na słupach takie małe budki a obok nich napoje. Pewnie to są jakieś obiekty religijne. Słoniątko wsadziło trąbę do jednej z takich budek i wywaliło z tamtąd co tylko się dało.

Następnym punktem programu była przejażdżka bryczką ciągniętą przez woły. Co prawda nie było to tak ekscytujące jak przejażdżka na słoniach ale też mi się to bardzo podobało. Po przejażdżce bryczką odwiedziliśmy nowo narodzonego słonika Staliśmy i gapiliśmy się na słoniątko tak długo, aż jego mama zaniepokoiła się i postanowiła stanąć pomiędzy nami a dzidziusiem. Nie chcąc dłużej niepokoić mamy ruszyliśmy ku następnemu punktowi programu, czyli przejażdżce tratwą po rzece Mae Taeng.

W miejscu w którym płynęliśmy rzeka była płytka i bardzo powoli toczyła swoje wody. Oba brzegi rzeki były porośnięte bujnym tropikalnym lasem deszczowym W około panował spokój i cisza którą zakłócał jedynie cichy plusk wody i śpiew ptaków. W powietrzu było czuć wilgotną bryzę i zapach przyrody. Jakże to było odmienne miejsce od tego które widziałem w Bangkoku. Błogi spokój i dzika przyroda czyli to co lubię najbardziej. Od czasu do czasu mijaliśmy jakieś domki lub turystów jadących na słoniach.

Co fajne to szybko się kończy. Po spotkaniu z piękną Tajlandzką przyrodą, pojechaliśmy do ośrodka w którym wykonuje się biżuterię ze storczyków. Naprawdę było na co popatrzeć. Oczywiście kupiłem żonie małe co nieco.

Kolejnym punktem programu była wizyta w świątyni Doi Suthep. Świątynia jak każda inna świątynia Buddyjska. Może jakbyśmy widzieli jedną lub dwie świątynie to by mnie zachwyciła. Wcześniej widzieliśmy ich mnóstwo więc dla mnie to był tylko kolejny nudny punkt programu po bardzo ciekawie spędzonym dniu. Po powrocie do hotelu, wieczór spędziliśmy w basenie. Kolejnego dnia wybieraliśmy się zupełnie indywidualnie do tygrysów. Tiger Kingdom to chyba było najfajniejsze co widzieliśmy na wycieczce.

Tiger Kingdom

No i zaczął się kolejny dzień. Po szybciutkim porannym śniadanku, zabraliśmy sprzęt fotograficzny i pośpiesznym krokiem udaliśmy się na parking hotelowy. Niestety aby dojść do parkingu, trzeba było najpierw skorzystać z którejś z hotelowych wind co wbrew pozorom nie było wcale takie proste. W okresie w którym mieszkaliśmy, hotel Lotus miał olbrzymie problemy techniczne z windami i aby zjechać z 10 piętra nie raz trzeba było odczekać nawet i pół godziny. Niejednokrotnie decydowaliśmy się na zejście po schodach. Na szczęście tym razem nie było zbyt dużo osób oczekujących na windę, więc udało nam się zjechać bez najmniejszego problemu. Na dole czekała już na nas zarezerwowana przez naszego rezydenta taksówka. Ze względu, na to że wyprawa do tygrysów była zupełnie naszą indywidualną zachcianką, więc jechaliśmy tam w kilka osób bez pana Darka. Po około półgodzinnej podróży dotarliśmy w końcu na miejsce. Po wejściu na teren tego półotwartego ZOO od razu zobaczyliśmy tygrysy. Potem przed kasą biletową dopadły nas wątpliwości które tygryski mamy odwiedzić. Do wyboru były: smaller, small, medium, big. Oczywiście można było kupić pakiety zawierające kilka „rozmiarów” tygrysów do głaskanie i przytulania. My wybraliśmy small i medium. Po kupnie biletów podpisuje się oświadczenie, że wchodzi się na własne ryzyko i zjedzenie przez tygrysa nie upoważnia rodzinę do dochodzenia odszkodowania. Po dopełnieniu formalności w końcu ruszyliśmy na zwiedzanie Królestwa Tygrysów.

Na początku poszliśmy do małych tygrysów. Małe to one były tylko z nazwy. W rzeczywistości miały rozmiar dość sporego psa. Po chwili oczekiwania pod drzwiami klatki w końcu zostaliśmy wpuszczeni do środka. Szczerze powiedziawszy, to pomimo obecności opiekunów, czułem się dość nieswojo gdy obok mnie harcowało kilka młodych tygrysów wielkości wilczura. W końcu opiekunom udało się trochę uspokoić rozbrykane kociaki i można było się do nich zbliżyć, a nawet pogłaskać je lub podrapać po brzuszku.

Zawsze myślałem, że tygrysy są w dotyku podobne do kotów domowych, czyli mięciutkie i pluszowe. Nic bardziej mylnego. Tygrysy mają sztywną, szorstką, szczeciniastą sierść. Tygryski, gdy tylko nadarzała się taka sposobność, natychmiast oddawały się zabawom i swawolom. Gdy już wygłaskaliśmy do woli małe tygryski to przyszła kolej na wizytę u średnich tygrysów. Musieliśmy odczekać chwilę przed klatką aż wyjdzie poprzednia grupa turystów i dopiero po dłuższej chwili zostaliśmy wpuszczeni do środka. Natychmiast przywitała nas gromada tygrysich wyrostków z których pewnie każdy ważył ponad 100kg. Najwyraźniej coś przykuło uwagę tygrysów po drugiej stronie ogrodzenie ponieważ tłumnie gromadziły się przy siatce ogrodzeniowej. Obsługa ZOO w pośpiechu wieszała plandekę, aby zasłonić tygrysom widok. Dopiero po dłuższej chwili tygrysy uspokoiły się na tyle, że można było do nich podejść, dotknąć je i przytulić się.

Gdy już wygłaskaliśmy do woli tygryski, to poszliśmy na dalsze zwiedzanie ZOO. Co prawda nie mogliśmy już wchodzić do klatek bo wykupiliśmy wstęp tylko do małych i średnich tygrysków ale oglądać zwierzaki przez kraty mogliśmy do woli. Spacerując trafiliśmy na czterodniowe kociaki które smacznie spały w specjalnie przygotowanym dla nich koszyku. Trochę dalej, na stole leżał olbrzymi albinos i pieczołowicie zajmował się czyszczeniem swego futra. Był też lew i cała masa innych tygrysów.

Wróciliśmy z królestwa tygrysów rozpromienieni i pełni wrażeń. To naprawdę było ekscytujące przeżycie. Polecam odwiedzenie królestwa tygrysów wszystkim miłośnikom zwierząt i odrobiny ryzyka. Nasz pobyt w hotelu Lotus dobiegał powoli końca. Resztę wolnego czasu spędziliśmy w basenie który był na siódmym piętrze. Wieczorem, autokarem udaliśmy się na dworzec kolejowy. Tam wsiedliśmy do pociągu i ruszyliśmy w drogę powrotną do Bangkoku. W czasie drogi oczywiście imprezka na całego. Drinkowanie, dowcipy i podziwianie widoków za oknem aż do późnego wieczora. Około godziny 21:00 obsługa pociągu, siedzenia przeobraziła w łóżka i wszyscy poszliśmy spać. Podczas nocnej podróży, przebyliśmy 753km. Muszę przyznać, że pociągiem jechało się o wiele bardziej wygodnie niż autokarem.

Do Bangkoku dotarliśmy z rana. Zjedliśmy śniadanie w tej samej restauracji w której jedliśmy pierwsze śniadanie po przylocie do Tajlandii i ruszyliśmy autokarem w kierunku Pattayi. W ten sposób zakończyła się część objazdowa Baśniowej Tajlandii.

Pattaya

Do Pattaya dotarliśmy wczesnym popołudniem. Po przyjeździe do hotelu Discovery Beach okazało się, że pokoje jeszcze nie są gotowe i znów trzeba czekać. Ludzie trochę wkurzyli się ale nie mieli innego wyboru jak po prostu zaczekać na pokoje. Po około godzinie czekania zaczęły pojawiać się pierwsze wolne pokoje. My swój pokój otrzymaliśmy po około półtorej godziny od przyjazdu. Ostatni państwo czekali chyba ze cztery godziny.

Hotel Discovery Beach położony jest w centrum Pattaya. Od plaży dzieli go jedynie ruchliwa ulica. Zresztą chyba w całej Pattaya nie ma hoteli tuż przy plaży. Hotel wygląda na nowy obiekt i składa się on z dwóch budynków i z dwóch basenów. Pokoje można było dostać od strony ulicy z licznymi burdelami i lady boyami gdzie do piątej rano gra bardzo głośno muzyka i raczej nie da się spać przy otwartym oknie lub od strony morza. My na szczęście dostaliśmy pokój od strony morza. Pokoje były bardzo fajnie urządzone z balkonem, telewizorem i darmowym sejfem. O klimatyzacji w hotelu o takim standardzie to chyba nie ma co nawet wspominać bo to standard. Obsługa była bardzo miła i zawsze chętnie pomagała hotelowym gościom.

Po zakwaterowaniu w hotelu pomimo, zmęczenia podróżą nie mogliśmy usiedzieć w pokoju tylko polecieliśmy na zwiedzanie Pattaya. Pattaya to miejsce zupełnie odmienne niż reszta Tajlandii i całkowicie jej nie przypomina. Kto był tylko w Pattaya i nie widział innych miejsc w Tajlandii to tak jakby nie był w Tajlandii Tu nie ma spokoju i życzliwości jaka panuje w mniej kurortowych częściach kraju. Turysta postrzegany tu jest jako ktoś kogo należy obskubać z wszelkich pieniędzy. Poziom chęci obskubania turysty z kasy nie jest może tak wielki jak w krajach arabskich, na pewno o wiele większy niż w miejscach nie kurortowych.

Idąc Beach RD w kierunku Walking Street napotkaliśmy na dwóch cwaniaczków którzy niby sprzedawali garnitury. Sprzedawać garnitury z albumu ze zdjęciami w centrum turystycznego miasta? Wyglądało to bardzo podejrzanie. Poza tym byli bardzo nachalni i chcieli żeby z nimi pójść do sklepu (który pewnie mieści się gdzieś w ciemnym zaułku). Odmówiliśmy stanowczo i ruszyliśmy dalej. Oczywiście oni podbiegli za nami i nawet złapali mnie za rękę chcąc ciągnąć za sobą ale groźna mina sześciu osób w tym mojej żony ;) wystarczyła aby sobie odpuścili. Po spacerze, do wieczornego spotkania z naszym rezydentem panem Darkiem, czas spędzaliśmy w basenie i Oceanie. Cudowną atmosferę psuła jedynie ruchliwa  Beach RD, przez którą trzeba było przejść idąc z basenu do oceanu i na odwrót. Czas spotkania z rezydentem przyszedł bardzo szybko.

Poopowiadał on nam trochę o Pattaya, o nocnym życiu, na co trzeba uważać, jakie rozrywki można znaleźć w mieście itp... Oczywiście wiele osób zainteresowała rozrywka nazywana sex show. Pan Darek wytłumaczył nam, że to raczej marne i "niesmaczne" widowisko i jeśli ktoś chce koniecznie to zobaczyć, to są organizowane tego typu imprezy na trochę wyższym poziomie ale też trochę więcej to kosztuje. Ktoś od razu zapytał, czy może nas zaprowadzić na taki sex show. Nasz rezydent zgodził się nas zaprowadzić na taki pokaz. Potem powstał spór, czy idziemy na tańszy pokaz czy na droższy. Ja chciałem na droższy ale niektórzy chcieli na tańszy. Stanęło na tym, że pójdziemy na tańszy a jak nam się spodoba to potem pójdziemy na droższy. A więc mieliśmy już plan na kolejny dzień czyli 1. wygrzewanie się na słonku oraz kąpiele w basenie 2. wieczorem idziemy na pokaz transwestytów czyli Alcazar Show. 3. po Alcazar Show idziemy na sex show na Walking Street.

Kolejny dzień zaczęliśmy od śniadania w hotelowej restauracji. Muszę przyznać, że tajskie jedzenie z dużą ilością ryżu bardzo mi smakowało, choć brakowało mi tej pikantności którą pamiętałem ze Sri Lanki. Potem wygrzewanie się na słonku połączone z kąpielami basenowo oceanicznymi. Słonko grzało niesamowicie. Aż nie chciało się wierzyć, że jest styczeń, w Polsce temperatury spadają poniżej -20st C a lubelskie wsie zostały odcięte od świata przez śnieżne nawałnice. Dzień szybko minął i nastał czas na Alcazar-Show a że lokal w którym odbywa się rewia transwestytów znajduje się niedaleko naszego hotelu to udaliśmy się tam na piechotę. Rewia transwestytów nie ma nic wspólnego z seksem ani jakimkolwiek zgorszeniem. Za to jest bardzo widowiskowa i spektakularna. Aż nie chce się wierzyć, że te wszystkie panie ubrane w kolorowe stroje urodziły się jako chłopcy i przeszły całkowitą zmianę płci. Pomimo kilkugodzinnego trwania, pokaz minął bardzo szybko. Jednym słowem bardzo ciekawe widowisko.

Według ustaleń poprzedniego dnia, kolejnym punktem programu tego wieczoru, miał być sex show w którymś z burdeli na Walking Street, a że Walking Street znajduje się dokładnie w przeciwnym kierunku od naszego hotelu niż Alcazar, to idąc na sex show przechodziliśmy obok naszego hotelu i uliczki lady boyów i burdeli. Jako prawdziwi turyści musieliśmy przecież przejść się również tą uliczką. W pewnym momencie któryś z lady boyów podszedł do mnie i klepnął mnie w tyłek. Trochę się wystraszyłem ale pan Darek powiedział, że to jeszcze nic bo oni lubią od razu łapać za "ptaka" ;)

Minęliśmy nasz hotel i lokalnym środkiem lokomocji ruszyliśmy w kierunku Walking Street gdzie było znacznie więcej różnorakiej sex turystyki. Po drodze byliśmy zaczepiani przez naganiaczy którzy proponowali nam różnorakie sex rozrywki w tym również sex show's. Wybraliśmy naszym zdaniem najciekawszą ofertę i ruszyliśmy aby zobaczyć co to jest ten sex show. Zaprowadzono nas do speluny rodem z amerykańskich sensacyjnych filmów, każdy wybrał miejsce które chciał a potem w cenie biletu kelnerka zaproponowała drinki. My wzięliśmy piwo. Na środku sali była scena z kilkoma rurami gdzie wiło się kilka nagich i kilka półnagich dziewczn mających maksymalnie 20 lat.

Potem wszystkie zeszły ze sceny a jedna z nich chętnym rozdała po baloniku. Druga weszła na scenę, położyła się na podłodze i rozstawiła szeroko nogi. Włożyła sobie w pochwę rurkę i strzała. Z rurki wyleciała lotka która przebiła balonik który trzymał jeden z panów. Tak po kolei zostały zbite wszystkie baloniki. Potem zmiana na scenie. Na scenę weszła inna dziewczyna która żonglowała piłeczkami pingpongowymi. Żonglerka polegała na tym, że wkładała sobie piłeczkę do pochwy robiła krok i piłeczka wypadała z niej i tak w kółko. Kolejna dziewczyna zaprezentowała nam sztuczkę z bananami. Położyła się na podłodze, rozstawiła szeroko nogi do pochwy włożyła banana i strzał. Banan poleciał na dwa metry dalej. Druga dziewczyna z wiaderkiem obok sceny łapała te banany. Kolejna dziewczyna zaprezentowała nam sztuczkę z colą. Włożyła sobie do pochwy zakapslowaną butelkę coca coli i ją otworzyła. Potem z niej wypadł na podłogę kapsel od coli. Następnie wlała w siebie zawartość butelki od coli zrobiła kilka kroków nie tracąc ani kropelki, włożyła sobie znów pustą butelkę między nogi i coca cola powróciła do butelki. Potem wszystkie dziewczyny weszły na scenę i zaczęły tańczyć. Szczerze powiedziawszy mieliśmy dość widowiska i wyszliśmy. Szczerze powiedziawszy to nie było jakieś podniecające erotyczne widowisko. To było po prostu niesmaczne i żałosne i nie spodobały się nam tego typu rozrywki. Do hotelu wróciliśmy późno w nocy.

Świątynia Prawdy

Nasz pobyt powoli dobiegał końca i trzeba było przed powrotem do Polski zobaczyć kilka miejsc w Pattaya. Kolejnego dnia postanowiliśmy się udać do świątyni prawdy w Pattaya. Na ulicy Pattayasaisong wsiedliśmy do "taksówko-autobusu" i ruszyliśmy w nieznane. Po drodze wyjęliśmy ulotkę reklamującą Świątynię Prawdy wraz z mapką i zastanawialiśmy się w którym miejscu wysiąść i jak potem dojść do celu podróży. Gdy kierowca zobaczył, że przeglądamy ulotki The Sanctuary of Truth to powiedział nam, że jeśli mu zapłacimy podwójną stawkę za przejazd to zawiezie nas prosto do celu, a że nie chciało nam się błądzić po Pattaya w tym upale to się zgodziliśmy. Kierowca zwrócił pozostałym pasażerom kasę za przejazd i ich wyprosił z pojazdu a nas zawiózł pod samiutką kasę biletową Świątyni Prawdy. Kupiliśmy bilety i ruszyliśmy na zwiedzanie. Jako pierwszy punkt programu podczas zwiedzania The Sanctuary of Truth był pokaz tańców połączony z piciem ekstra zimnych drinków z lokalnych owoców. Ze względu iż moje gardło źle znosi bardzo zimne napoje podczas upału to zrezygnowałem z drinka. Po pokazie tańców każdy mógł wybrać grupę do zwiedzania z przewodnikiem angielskojęzycznym lub rosyjskojęzycznym a że znamy rosyjski lepiej niż angielski to przyłączyliśmy się do grupy Rosjan. Przewodnik był prawdziwym profesjonalistą i opowiadał z wielkim zaangażowaniem o Świątyni Prawdy.

The Sanctuary of Truth, choć stoi już od kilkudziesięciu lat i jest udostępnione turystom, to ciągle jest w stanie budowy. Człowiek który postanowił stworzyć tą przepiękną budowlę (ponieważ jest to budynek świecki) chciał ją udostępnić zwiedzającym za darmo, aby każdy mógł wejść tam za darmo i mógł nie wnosząc żadnych opłat podziwiać dzieło jego życia. Niestety nie dożył on końca budowy i dalszą budowę przejął jego syn. Niestety syn ma bardziej komercyjne podejście do życia niż miał jego ojciec i postanowił pobierać opłaty od zwiedzających.

Cerkiew w Pattai

Wracając ze świątyni prawdy postanowiliśmy odwiedzić Cerkiew Prawosławną. Jest to nieduży budynek który wybudowano na uboczu w bardzo spokojnym miejscu wśród prywatnych domków jednorodzinnych. Co mnie najbardziej zdziwiło to to, że ta Cerkiew należy do patriarchatu moskiewskiego. Pewnie dla większości czytelników to wyda się normalnie ponieważ w Polce prawosławie kojarzy się jednoznacznie z Rosją. Nic bardziej mylnego. Rosja z prawosławiem ma tyle samo wspólnego co Polska z katolicyzmem. Po prostu większość obywateli jest tego wyznania, a że Rosja jest wielkim krajem to i obywateli też jest tam sporo. Wbrew temu co sugerowały polskie media kilka lat temu podczas wizyty Cyryla, Cyryl nie jest zwierzchnikiem Cerkwi Prawosławnej na całym świecie. On jest zwierzchnikiem tylko rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej. Zwierzchnikiem Polskiej Cerkwi Prawosławnej jest Sawa i jest on równy Cyrylowi. Natomiast zwierzchnikiem Azjatyckiej Cerkwi Prawosławnej jest Ignacy IV. Jego pełny tytuł brzmi  "Jego Świątobliwość Ignacy IV, Patriarcha Wielkiej Antiochii, Syrii, Cylicji, Mezopotamii i całego Wschodu", więc wydaje się, że Cerkiew w Tajlandii powinna znajdować się pod jego zwierzchnictwem, ale nie wiem czemu tak nie jest. Nie zagłębiając się w szczegóły Cerkiew Prawosławna na całym świecie jest podzielona na 15 autokefalii i na jej czele stoi piętnastu zwierzchników, którzy biorą swój początek bezpośrednio od apostołów Chrystusowych. Kiedyś wśród nich był również biskup Rzymu, zanim kościół rozpadł się i Kościół Katolicki oddzielił od reszty. Dość już o religii bo przecież nie jest to portal teologiczny tylko turystyczny.

Resztę pobytu spędziliśmy na opalaniu się i wypoczywaniu. Na tym kończę swoją relację. Kolejna za rok lub dwa...

Zdjęcia

Wczytywanie zdjęć...
Ekipa powitalna w wytwórni błyskotek W wytwórni błyskotek W wytwórni błyskotek
W fabryce jedwabiu - małe gąsienice zaczynają życie W fabryce jedwabiu - gąsienice rosną W fabryce jedwabiu - gąsienica zmieniły się w poczwarki
W fabryce jedwabiu - gąsienice zaczynają robić kokony W fabryce jedwabiu - gąsienice giną w męczarniach ugotowane żywcem, a z ich kokonów robi się nitki W fabryce jedwabiu - z jedwabnych nitek tkany jest materiał
W fabryce jedwabiu - gotowe produkty Sklep z kamieniami półszlachetnymi W hotelu Lotus
W hotelu Lotus Z wizytą w wiosce słoni Z wizytą w wiosce słoni
Z wizytą w wiosce słoni Z wizytą w wiosce słoni Z wizytą w wiosce słoni
Z grzbietu słonia... Zabawy ze słoniem Zabawy z maluchem
Przejażdżka bryczką ciągniętą przez woły Noworodek Tratwą po tropikalnej rzece Mae Taeng
Spływ tratwą po rzece Mae Taeng Tratwą po tropikalnej rzece Mae Taeng Tratwą po tropikalnej rzece Mae Taeng
Tratwą po tropikalnej rzece Mae Taeng Storczyki Storczyk, orchidea, biżuteria
Storczyki W swiatyni Doi Suthep W swiatyni Doi Suthep
W swiatyni Doi Suthep W swiatyni Doi Suthep Z wizyta u tygrysów
Z wizyta u tygrysów Z wizyta u tygrysów Z wizyta u tygrysów
Z wizyta u tygrysów Z wizyta u tygrysów Z wizyta u tygrysów
W pociągu Nocny widok z okna hotelu Discovery Beach Nocny widok z okna hotelu Discovery Beach
I ten sam widok w dzień Alcazar - rewia transseksualistów Alcazar - rewia transseksualistów
Alcazar - rewia transseksualistów Alcazar - rewia transseksualistów Alcazar - rewia transseksualistów
Alcazar - rewia transseksualistów Alcazar - rewia transseksualistów Alcazar - rewia transseksualistów
Alcazar - rewia transseksualistów Alcazar - rewia transseksualistów Alcazar - rewia transseksualistów
Alcazar - rewia transseksualistów Alcazar - rewia transseksualistów Alcazar - rewia transseksualistów
Świątynia Prawdy w miejscowości Pattaya Świątynia Prawdy, Pattaya Świątynia Prawdy, Pattaya
Świątynia Prawdy, Pattaya Świątynia Prawdy, Pattaya Świątynia Prawdy, Pattaya
Świątynia Prawdy, Pattaya Świątynia Prawdy, Pattaya Świątynia Prawdy, Pattaya
Świątynia Prawdy, Pattaya Świątynia Prawdy, Pattaya Świątynia Prawdy, Pattaya
Świątynia Prawdy, Pattaya Świątynia Prawdy, Pattaya Świątynia Prawdy, Pattaya
Świątynia Prawdy, Pattaya Świątynia Prawdy, Pattaya Świątynia Prawdy, Pattaya
Cerkiew Prawosławna pw. Wszystkich Świętych w Pattaya Cerkiew Prawosławna pw. Wszystkich Świętych w Pattaya Cerkiew Prawosławna pw. Wszystkich Świętych w Pattaya
Cerkiew Prawosławna pw. Wszystkich Świętych w Pattaya Recepcja w hotelu Discovery Beach Kościół Protestancki w Pattaya
Hipermarket BigC w Pattaya Kokosowy drink obok hipermarketu BigC w Pattaya Wieczorny spacer po Pattaya
Wieczorny spacer po Pattaya Wieczorny spacer po Pattaya Wieczorny spacer po Pattaya
W Dreamlinerze - powrót do domu