Strona korzysta z plików cookies, aby lepiej spełniać Państwa oczekiwania. Można zablokować zapisywanie cookies, zmieniając ustawienia przeglądarki.
OK, nie pokazuj więcej
Serwis podróżniczy

Ekspedycja do serca Afryki, część 2

Autor: ekspedycja, Data: 2013-09-11
Państwo: Maroko, Mauretania, Sahara Zachodnia, Senegal

Ocena 10/10 (1 głosów):

Z początekiem lipca 2013, czwórka uczestników Ekspedycji IV Kongo wyruszyła do serca Afryki. Zapraszamy do lektury drugiej części relacji "dzień po dniu" z tej wyprawy.

Jeśli nie czytałeś(aś) poprzedniej cześci relacji, zapraszamy tu: część 1.

Dzień 8

Rano udaliśmy się do Konsulatu Senegalu aby załatwić wizę. Recepcjonistka połączyła nas telefonicznie z pracownikiem, który łamaną angielszczyzną poinformował, że najpierw powinniśmy zarejestrować się na ich stronie, a wszystkie dokumenty odebrać na lotnisku w Dakarze lub w Ambasadzie w Nawakszut (w Mauretanii). Wydawało by się że to nic trudnego… A jednak. Podczas rejestracji na stronie konieczny jest kod, który po wprowadzeniu podstawowych danych przesyłany jest mailem. Na wiadomości czekamy bez skutku. Nic nie dają też kolejne próby pozyskania kodu.

Po wykonaniu kilku telefonów do różnych instytucji poinformowano nas, że możemy jechać do Ambasady w Mauretanii i tam otrzymamy wizę.

Na zwiedzanie Casablanki nie było już czasu, więc ograniczyliśmy się do odwiedzenia tylko Meczetu Hassana II. Jedziemy do Marrakeszu.

Dzień 9

Śniadanie spokojnie spożywamy w cieniu drzewek pomarańczowych. Wojtek już całkowicie zaadoptował się do tutejszego stylu jazdy - przepychał się, trąbił, zajmował dwa pasy z ogromną radością, że bezkarnie ;)

Marrakesz to miasto niesamowite! Kolory wydają się tutaj jakby bardziej nasycone. Fortyfikacja w kolorze ciepłej pomarańczy wprowadza nas w bajkowy klimat, a alejkami Medyny można spacerować bez końca, delektując się tutejszym życiem.

Zajrzeliśmy na Suk Teinturiers, gdzie kupiliśmy pamiątki, słodkości oraz olejek arganowy. Mijaliśmy wąskie uliczki pełne kramów, urzekające nie tylko kolorem ale i zapachem. Sprzedawcy, zachwalając swoje produkty (niektórzy nawet robili to nawet po polsku), próbowali wciągnąć nas do środka.

Palais del la Bahia to jedna z najciekawszych i najbardziej znanych rezydencji w mieście. Pałac wzniesiony został na zlecenie Sidi Musy, który zrobił oszałamiającą karierę - z niewolnika stał się wezyrem.

I znowu wsiadamy do samochodu. Udajemy się w kierunku Sidi Ifni. Nawigacja usilnie prowadzi nas w wąską uliczkę, przez którą z ledwością przeciska się nasz Nissan Patrol. Musimy złożyć lusterka. Ponieważ na uliczce kwitnie handel, kramy z pomarańczami, daktylami muszą być usuwane, abyśmy mogli przejechać. Po kilku minutach udaje się nam wyjechać na normalną ulicę.

Trasę Marakesz – Sidi Ifni pokonujemy podziwiając krajobrazy Atlasu Wysokiego: spalone słońcem góry w kolorze ceglanym, na tle którego nieliczna zieleń aż razi swoim kolorem. Zaskakiwały nas zjawiska atmosferyczne. Trzy razy deszcz delikatnie schlapał nam szybę, a kilkanaście kilometrów przed Sidi Ifni zaczęła się gęsta mgła, pokrywająca liczne wąwozy zarośnięte palmami.

Zdecydowaliśmy, że spać będziemy tym razem w hotelu. Kolejną noc spędzimy w drodze, gdyż w miarę szybko chcemy przekroczyć granicę z Mauretanią. Z dostępnych relacji wiemy, że na tym właśnie przejściu granicznym spędzić można nawet dwie doby. W lipcu wypada Ramadan, więc życie na ulicach staje się widoczne dopiero po zachodzie słońca. W ciągu dnia kawiarnie i restauracje w większości są pozamykane. 

Dzień 10

Rano, po uzupełnieniu zapasów wody i paliwa, udajemy się w kierunku Sahary i granicy mauretańska. Za sprawą zimnego frontu kanaryjskiego, temperatury za dnia dochodzą tu do 26, a w nocy – do 16 stopni Celsjusza. Nie spodziewaliśmy się też, że na tej drodze będzie aż taki ruch. W jednym mieście mieliśmy nawet do 4 kontroli i próbowano od nas wyłudzić pieniądze. Policjant powiedział po prostu, że chce 50 euro za to, że jest naszym przyjacielem. Po kilkunastu minutach negocjacji zbyliśmy go T - shirtem.

Zależało nam na jak najszybszym dotarciu do Senegalu. Znajoma ostrzegała nas, aby nie jechać nocą przez Saharę, gdyż mają tam miejsce różne incydenty związane z turystami. Po rozmowie z żandarmem, który zapewniał nas, że jest bezpiecznie, ruszyliśmy dalej. Okazało się, że miał rację, albo po prostu mieliśmy szczęście. Kilkanaście razy na trasie byliśmy zatrzymywani i kontrolowani przez żandarmerię. Próbowano nam też wlepić kolejny mandat. Na szczęście Wojtkowi po długich negocjacjach udało się wykręcić od płacenia.

Dzień 11

O 5:30 dojechaliśmy na granicę i ustawiliśmy się w kolejce. Pierwsze wrażenie – chaos. Procedurę przejścia przez granicę rozpoczęliśmy po 8:00 i zakończyliśmy ok. 13:00. Nie ma tu żadnych reguł, wszystko toczy się bez jakiejkolwiek kontroli. Stanowiska niepodpisane, nie wiadomo gdzie się udać. Można powiedzieć, że wtopiliśmy się w tłum.

Pas pomiędzy granicą Sahary i Mauretanii to piach i kamienie, brak asfaltu, mnóstwo porzuconych wraków aut i starych telewizorów. Tutaj pomógł nam Ahmida i przeprowadził przez resztę procedur. Dwa razy wypraszano mnie tu z biur i nie wiem, czy dlatego, że jestem kobietą czy też może urzędnik uznał, że w pomieszczeniu jest za dużo osób. Pogranicznicy naszą okulary i są całkowicie owinięci w chusty. Twarzy w zasadzie nie widać. W zasadzie, nic dziwnego że tak robią - przy takim wietrze niosącym piach nie sposób wytrzymać na zewnątrz bez dodatkowego zabezpieczenia. Nie zmienia to faktu, że dziwnie się czuliśmy zaczynając rozmowę z taką osobą.

Dzień 12

Na kolejny dzień plany mieliśmy dość ambitne. Najpierw wizyta w Ambasadzie Senegalu po brakujące wizy, a następnie wypad na jakże upragnioną plażę. Jak dotąd ocean widzieliśmy tylko z okien samochodu. Wszystkim marzył się więc dzień na plaży.

Wizyta w Ambasadzie trwała chwilę. Przekazano nam, że nic tutaj nie załatwimy. Znowu skierowano nas na stronę internetową. Pomyśleliśmy sobie, że skoro naszym znajomym udało się pokonać tę trasę bez wiz to my też spróbujemy. Zrezygnowaliśmy więc z plaży, gdyż chcieliśmy się przekonać jak najszybciej, czy uda nam się przekroczyć granicę bez wiz. Zostawiliśmy sobie trochę czasu na ewentualne formalności. Mijały nam przed oczami zaśmiecone pobocza oraz padnięta zwierzyna na różnym etapie rozkładu. Niewiele skromnych zabudowań i namiotów, osiołki oraz wielbłądy przechadzające się drogą nie zwracając większej uwagi na samochody.

Na granicę dojechaliśmy w ostatniej chwili - tutaj pracuje się do godz. 16:00. Na tutejszych przejściach granicznych raczej nie zdarza się, aby były ułatwienia dla turystów w postaci opisanych stanowisk, o tyle przy pierwszym zderzeniu z takimi realiami przydają się „pomocnicy”. Oczywiście zaraz taki pomocnik przy nas się pojawił. Po stronie Mauretańskiej wszystko poszło bez problemu. Cały czas towarzyszyli nam ludzie, którzy coś chcieli sprzedać albo proponowali wymianę waluty i jeszcze dzieci proszące o prezenty. Z jednego „pomocnika” szybko zrobiło się kilku. Trzech było przy nas, a dwóch pilnowało auta.

Przeprawa promowa przez rzekę Senegal trwała kilka minut. Mnie od natłoku wrażeń, temperatury i trochę za sprawą głodu zakręciło się w głowie. Na szczęście było się czego złapać, bo pewnie padła bym jak długa. Szklanka soku owocowego przywróciła mi siły.

Na granicy Senegalu okazało się, że jednak nie przejdziemy bez wiz. Zaczęła się procedura rejestracji. System rejestracji online chyba nie funkcjonuje do końca sprawnie, bo mieliśmy z nim niemały kłopot. Dłuższy czas w towarzystwie naszych pomocników sprawiła, że zdążyliśmy się już z nimi zaprzyjaźnić. Wypytywaliśmy się nawzajem, gdzie jak się żyje. Każda strona jest ciekawa, jak to jest w zupełnie innym świecie.

Czekał nas jeszcze zakup ubezpieczenia i pozwolenia na poruszanie się po tutejszych drogach samochodem. Ten dokument jest niestety ważny tylko 3 dni, więc w poniedziałek musimy udać się do urzędu celem przedłużenia jego ważności.

Mimo późnej godziny nie zostajemy tu na noc i jedziemy do Dakaru. Nad ranem znajdujemy bungalowy tuz przy samym oceanie.

Dzień 13

Wstajemy około południa. Niestety najpierw musimy podjechać z autem na stację, wymienić olej itp. - samochód z całą pewnością na to zasłużył. Dzisiaj tylko plaża i słońce! 

Dzień 14

Rano spotykamy się z naszym senegalskim przewodnikiem Mammadu, znalezionym przez agencje rekrutacyjną www.chilitraders.com . Po całym dniu odpoczynku udaliśmy się na zwiedzanie Dakaru. Mammadu uznał prawdopodobnie za punkt honoru pokazanie nam najważniejszych budynków rządowych jak Pałac Prezydenta, Senat czy Plac Niepodległości. My jednak nie mogliśmy doczekać się wyspy Goree.

Po kilkunastominutowej przeprawie promowej znaleźliśmy się w miejscu zupełnie innym niż Dakar, gdzie nie ma dróg i samochodów, tylko szum fal i budynki w stylu kolonialnym. Klimatu dodają kobiety ubrane w tradycyjne stroje, od których nie można oderwać oczu. Była już pora obiadowa, a talerz pełen olbrzymich, świeżutkich krewetek z ryżem i warzywami przywrócił nam siły.

Wyspa Goree jest piękna niestety wiąże się z tragiczną historią – jest to miejsce w którym handlowano niewolnikami. Odwiedzamy muzeum niewolnictwa w którym wysłuchaliśmy okrutnych historii związanych z tym miejscem.

Dzień 15

Postanowiliśmy dziś odwiedzić jeden z senegalskich rezerwatów przyrody. Najpierw jednak spędziliśmy prawie 3h załatwiając przedłużenie pozwolenia na przemieszczanie się samochodem po Senegalu. Sporo też się nachodziliśmy, bo formalności nie załatwia się w jednym miejscu.

Aby dotrzeć do rezerwatu położonego ok. 65 km od Dakaru, musieliśmy przejechać przez rozciągające się kilometrami ubogie przedmieścia, które zupełnie nie zapowiadały zbliżającego się kontaktu z naturą. Ubogie kramy pokryte szmatami, wszędzie śmieci, samochody, tiry i przepełnione busy. Do tego kurz, smród spalin i śmieci wiszący w powietrzu. Po prostu koszmar! Piękne baobaby pomiędzy slamsami nie pasują do tego krajobrazu. Dzieci oblegają nasz samochód przy każdej okazji i proszą wyciągając rączki o cokolwiek. Tym razem zamykamy szyby i jedziemy dalej.

W końcu dojechaliśmy. To zupełnie inny świat, w którym wszystko znajduje się na swoim miejscu. Pierwszy spotkany zwierzak to hiena… odgrodzona od reszty rezerwatu fosą i kratą. Roślinożercy są w lepszej sytuacji, mają większą przestrzeń. Udało nam się sfotografować kilka sztuk. Te dwie godziny obcowania z przyrodą wprawiły nas w świetny nastrój i pobudziły apetyty. Chcieliśmy jeszcze zobaczyć Medynę, ale z uwagi na późną już porę, zostawiamy to na inny dzień.

Dzień 16

Zamierzaliśmy spędzić dzisiejszy dzień za miastem w wiosce rybackiej oraz na łódce pływając po Atlantyku od wyspy do wyspy. Plany pokrzyżowały nam jednak dwie przeszkody. Tuż za miastem coś zaczęło się dziać z naszym samochodem. Zaniepokoiło to Wojtka, ale jechaliśmy dalej.

Nagle pojawiły się kłęby dymu. W cysternie przed nami zapaliły się opony. Jak inne samochody, zjechaliśmy na pobocze. Kilka osób oraz spora grupka dzieci wyległy na ulice z przydrożnych zabudowań i już po chwili nasz Patrol wzbudził większe zainteresowanie. Wzięliśmy wiec kilka koszulek Reporter Young Girl oraz coś dla chłopców i postanowiliśmy się przywitać. Sympatię pozyskaliśmy też cukierkami i drobnymi upominkami w postaci długopisów i smyczek. Uśmiechnięte buzie dzieci chętnie zaglądały obiektywy naszych aparatów.

Postanowiliśmy porównać medynę w Maroku, z tą w Dakarze. Medyna w Dakarze to tętniące życiem wąskie uliczki, gdzie wszystko dzieje się na chodniku tuż pod domem. Kobiety robią pranie, dzieci siedzą w szkolnych ławkach, mężczyźni robią meble a pomiędzy nimi kręcą się kozy. Medyny w Maroku, w porównaniu z tą w Dakarze to prawdziwie kolorowe supermarkety.

Dzień 17

Dzisiejszy dzień jest ostatnim dniem ekspedycji w pełnym składzie. Dzisiaj opuszczają nas Staszek i Edi. O godzinie 22:00 muszą być na lotnisku. To dobry moment na zakup pamiątek i upominków dla bliskich. Ruszamy, więc na miasto w asyście Mammadu. Zamierzamy też wymienić kilka naszych rzeczy na bransoletki i naszyjniki. Wszystkie nasze „ zdobycze” oryginalne, prosto z Afryki będzie można wylicytować już po naszym powrocie na aukcjach na rzecz Bartusia. Targujemy się długo, ponieważ chcemy jak najwięcej kolorowych bransoletek. Zdobywamy takie dla Pań i Panów oraz maleńkie na dziecięcą rączkę. Wszystko egzotyczne i kolorowe.

W trakcie zakupów zerwała się ulewa. Nie jesteśmy specjalnie zaskoczeni, bo lipiec to w Senegalu pora deszczowa. Ulicami płyną strugi brudnej wody, zbierające z ulic nagromadzony miesiącami bród. Przeskakując te przeszkody dostajemy się do naszego samochodu i… już po deszczu.

 

Czytaj dalej: część 3.

Zdjęcia

Wczytywanie zdjęć...
Droga doMarakeszu Suk w Marakeszu Suk w Marakeszu
Gaj palmowy spowity mgłą, Sidi Ifni Tam gdzie kończy się Sahara a zaczyna Atlantyk Off-road na Saharze
Zespół w Saharze Zachodniej Droga przez Mauretanię Na granicy, Mauretania
Na drogach Mauretanii Na promie do Senegalu W drodze do granicy z Senegalem, Mauretania
Wyspa Goree, Senegal Uliczka na Wyspie Goree Rezerwat Przyrody Bandia
Rezerwat Przyrody Bandia Rezerwat Przyrody Bandia Rezerwat Przyrody Bandia
Ulice Medyny, Dakar Ulice Medyny, Dakar Wizyta w afrykańskiej wiosce
Wizyta w afrykańskiej wiosce